Wymarzone miejsce na majowy weekend. Na odrobinę wolności od codzienności.
Dużo by opowiadać o historii Gdańska i jego architekturze. Jest co podziwiać, a jakże:

Ale przecież nie przyjeżdżamy tu tylko po to…
TEATR WYBRZEŻE
Za mieszkanie dostaję garderobę nr 9. Łóżko, szafa, toaleta, prysznic – właściwie jak w hotelu. A jednak inaczej. Siadam przed lustrem (toaletką, konsolą – jak kto woli) i przez moment wydaje mi się, że widzę w nim twarze tych wszystkich, którzy w tym miejscu ćwiczyli miny, zakładali maski, malowali szminką cudze uśmiechy… O rany, naprawdę będę mieszkać w teatrze.
Ci, którzy uważają, że teatr to świątynia, powinni posłuchać tego, co dzieje się w nim o ósmej rano, w dniu premiery. Przypomina to raczej krzątaninę w wigilijny poranek. Przynajmniej tak sobie wyobrażam wigilię…
TRZY TEATRY
Codziennie oglądamy spektakle:

We czwartek – „Lorettę” George’a F. Walkera. Nie rzuca na kolana ani fabułą ani grą aktorską. Ale też nie rozczarowuje. Ot – kawałek teatru do zobaczenia podczas weekendowego wypadu do Sopotu.
W piątek – premiera, święto w każdym teatrze. Tym razem „Portret Doriana Graya” Oskara Wilde’a. Wyreżyserowany przez zespół aktorski po nagłym rozstaniu z panią reżyser. O dziwo z korzyścią dla przedstawienia. Właściwie niczego nie brakuje tej sztuce. Ani trudnych relacji międzyludzkich, ani momentów subtelnie komediowych. Ani złotych myśl Wilde’a. Jest miłość, sztuka i zbrodnia. Jest dwukrotnie pokazana nagość (chociaż za drugim razem chyba niepotrzebnie).
Na bankiecie zauważam z ulgą, że Teatr Wybrzeże nie musi mieć kompleksu prowincji. I nawet wielka i trudna literatura broni się na jego deskach. Inne miasta na P. mogą jedynie zazdrościć
W sobotę – „All Inclusive” Marka Modzelewskiego. Sztuka, jak to mówią świetnie skrojona. Trochę do łez i bardzo do śmiechu. Jak w życiu
SĄ TAKIE MIEJSCA…
gdzie zdjęcie trzeba sobie zrobić. Niech Japończycy nie myślą, że tylko oni tu byli:



Jest czas na wszystko: na Muzeum Historyczne i zakupy. O dziwo nie tylko ja kupiłam sobie korale…
MAJOWE ŚWIĘTOWANIA
My – Polacy, kochamy takie dni. Kiedy flagi łopocą na wietrze i orkiestry marsze grają. I pod pomnikiem bohaterów można łzę uronić i pozwolić jej zniknąć w czeluści wieńców. Rosjanie mówią „szczipatielnoje” albo jakoś podobnie…

I mnie wzrusza to nasze „jeszcze nie zginęła” i „marsz, marsz Polonia”. To nasze biało-czerwone, dumne, niepodległe. Rodem z Grunwaldu i Westerplatte. Ze wszystkich miejsc uświęconych krwią…
Gdybyśmy umieli tak żyć w wolnej Polsce, jak umieliśmy o jej wolność walczyć…
MIASTO ARTYSTÓW
i luksusowych aut. Dla każdego coś miłego…


CIEKAWOSTKI MIEJSCOWE
A jakże, są, są:
1. drzewa latoś zniebieściały…
2. a podobno częste mycie skraca życie…
3. jak szaleć to szaleć…
4 i 5. a biednych Teletubisiów się czepiali…
A MORZE JAK TO MORZE

Błękit, szafir, turkus. Spokojnie szumi pod czujnym okiem policjanta morskiego (a co, konik morski może być, a policjant to już nie?)

Dla szczurów lądowych – alternatywa – morze stokrotek.

Wolność, wolność, wolność…
P.S. Z cyklu „Kamasutra Śliwkowa” – dwie nowe pozycje.
Pozostawiam bez komentarza…
foto: Ryszard Jakubisiak, Arkadiusz Śliwa