Już nawet nie pamiętam, ile to lat temu? (siedem, może osiem…) Już nie pamiętam, dokąd jechał ten pociąg? (do Wrocławia albo do Opola…)
Ja – w drodze do Brzegu na konkurs recytatorski, on – reżyser w podróży z żoną aktorką. Poza tym pusty przedział. Wiszący kostium estradowy z piórami zainteresował go na tyle, że zapytał: dokąd, po co, jaki monodram?
A potem była lekcja teatru. Jego teatru. Teatru dla ludzi. Teatru prostego, chociaż nie prostackiego, efektownego (zdaniem niektórych efekciarskiego). Mówił z przekonaniem, z pasją. Że reżyser nie może czuć się lepszym i mądrzejszym od widza. Że teatru, na miłość boską, nie robi się dla dobrych recenzji, że z miłości, ale nie do krytyków…
Tamten siwy pan, z głową pełną jeszcze artystycznych wizji, za którą nie nadążały jego zmęczone nogi, wydawał mi się wtedy ekscentrycznym staruszkiem, którego epoka już minęła. Ale…
Jaki byłby naród bez Teatru Narodowego Adama Hanuszkiewicza? Jak bardzo teatr stałby się powszechny bez jego Teatru Powszechnego? Jaki byłby nowy teatr bez jego Teatru Nowego?
Żył jak chciał… – także na scenie. Bez sceny nie żył. Jeśli robił teatr za mało przeintelektualizowany i przeliteraturalizowany, panowie modni reżyserzy, to przynajmniej rozumiał go ktoś oprócz niego…
Tyle zapamiętałam z tamtej kilkugodzinnej lekcji między Warszawą w Wrocławiem… albo Opolem… siedem albo osiem lat temu…
Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

