Lubię, kiedy książka…

…powoli odkrywa przede mną tajemnice swoich bohaterów. I nie muszę wcale przeczytać jej w ciągu jednej nocy. Ale muszę chcieć do niej wracać każdego dnia.
Lubię nieprzewidywalność zdarzeń, smak oczekiwania, szukanie odpowiedzi… Żeby twarze rycerzy odsłaniały się w mojej wyobraźni wraz z podniesieniem przyłbicy. Żeby odgłosy lasu znaczyły co innego, niż mogłoby się zdawać…
Lubię, kiedy książka odkrywa nieznane, opowiada o miejscach, ludziach, rzeczach odległych. Ale muszę uwierzyć w prawdy, nawet jeśli są tylko pięknym kłamstwem artysty. Muszę podziwiać go za wiedzę, jaką posiadł, choćby była jedynie literacką fikcją.
Lubię, kiedy książka wzrusza mnie i bawi.
Zakończenie?…
Gdyby nakręcić taki film: w ostatnich minutach główny bohater umiera w szpitalu, kamera pokazuje ekran monitora z linią prosta. A potem ostatnia scena – długi ciemny tunel ze światłem na końcu… A za plecami czyjś głos woła: Wracaj…
I już wiesz, że może nie będą żyli długo i szczęśliwie, ale…
Lubię, kiedy “ale” jest słowem-kluczem.
Taki jest właśnie “Szalbierz” Tomka Łysiaka. Zaczęłam go czytać z ciekawością i obawą, w połowie uspokoiła mnie myśl, że to dobra powieść. Teraz zamykam ją z przekonaniem, że pod wieloma względami jest genialna…

W oczekiwaniu na kolejny, mam nadzieję równie świetny tom, gorąco Wam polecam “Szalbierza”. Chociażby po to, żebyście przekonali mnie, że się mylę…

No Comments Yet

Brak komentarzy.

Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz